Gdyby mój zegarek miał więcej, niż 12 godzin...
Święta i Sylwester minęły przyjemnie. W przyszłym roku na szczęście będę w domu przed świętami (bo teraz byłam w pracy praktycznie do końca), więc przyhamuję trochę mamine zapędy gotowanie w ilości jak dla połowy Pułku Artylerii, czyli NIE DO WYJEDZENIA. Praktycznie przez tydzień w lodówce spały trzy garnki z jednym i tym samym. Jaki sens, skoro już od wtorku wszystko było otwarte i można było przygotowywać coś świeżego? Zwłaszcza, że mama nie musiałaby gotować sama, ostatnio zaczęłam się brać do garów i muszę przyznać, że nie jestem kompletnym antytalentem. Moje spaghetti bolognese robione od podstaw (żaden tam gotowy fix, sama robię sosik!) to po prostu niebo w gębie. Tak, nauczyłam się wreszcie autoafirmacji. Druga rzecz - nie jestem już tak cholernie nieśmiała i jeśli mam odmienne zdanie, nie boję się tego powiedzieć. O, tak jak teraz. Przyszła mi mama do pokoju i przeżywa, bo nie szykuję mężowi obiadu. Z tym, że mojemu mężowi rączki z dupy nie wyrastają, co też on sam często podkreśla. Dzielimy się obowiązkami. Wg nas obojga nie ma kobiety - służki i mężczyzny - pana i władcy. Jesteśmy równi prawami i obowiązkami. A to, że jest to nie do pojęcia dla mojej mamy, to jest wyłącznie jej problem. Fakt, mieszkamy pod jednym dachem, ale pewne ustalenia pomiędzy mną a mężem są NASZE, a nie jej. Wtrącając się pomiędzy nas, tylko mąci. Powiedziałam to wszystko i teraz pewnie będzie foch-gigant, ale mam to gdzieś. To nie pierwszy foch-gigant i nie ostatni raz zapewne, gdy muszę przypominać mojej mamie, że to małżeństwo jest moje i mojego męża, a nie jej. Zawsze, gdy mąż wychodzi, moja mama przychodzi mnie j*bać, bo to, bo tamto. Urok mieszkania z rodzicami, wiem. Ale nie pozwolę sobie włazić na głowę. Nikomu. Mężowi również nie pozwalam. Jeśli dam się zapuszkować jako osoba, którą można sterować wg własnego widzimisię, prędzej czy później wyląduję w białym kaftanie o związanych rękawach.
W końcu ruszyło się u mnie w pracy i będę teraz podszkalana na inne stanowisko. Co jak co ale posada, którą teraz zajmuję, powinna być obsadzana przez jedną osobę przez co najwyżej 2 lata. Potem następuje znudzenie pracą i dennymi obowiązkami, poza tym to odseparowanie od reszty zespołu... Na szczęście odważyłam się, zasygnalizowałam, że nie zamierzam siedzieć tak w nieskończoność i voila! Można? Można :)
Pozostaje jeszcze kwestia finansów. Ona spędza mi sen z powiek. Marudzę Mojemu na ten temat, bo przez jego dobroć trochę tracimy finansowo :/ Nie jakoś dramatycznie, ale jednak... Wolałabym sama sobie "zawdzięczać" straty niż ponosić je przez to, że inni bez Mojego nie radzą sobie w życiu. A odciąć się od tej jego dobroci nie mogę. Miejmy nadzieję, że w przyszłości będzie nieco lepiej i Pogotowie Ratunkowe B. nie będzie musiało interweniować zbyt często.
OK, mykam.
Pozdrawiam wszystkich - choć nie piszę ani się nie odzywam, pamiętam. I żałuję tego nieszczęsnego 12-godzinnego zegarka :(
Święta i Sylwester minęły przyjemnie. W przyszłym roku na szczęście będę w domu przed świętami (bo teraz byłam w pracy praktycznie do końca), więc przyhamuję trochę mamine zapędy gotowanie w ilości jak dla połowy Pułku Artylerii, czyli NIE DO WYJEDZENIA. Praktycznie przez tydzień w lodówce spały trzy garnki z jednym i tym samym. Jaki sens, skoro już od wtorku wszystko było otwarte i można było przygotowywać coś świeżego? Zwłaszcza, że mama nie musiałaby gotować sama, ostatnio zaczęłam się brać do garów i muszę przyznać, że nie jestem kompletnym antytalentem. Moje spaghetti bolognese robione od podstaw (żaden tam gotowy fix, sama robię sosik!) to po prostu niebo w gębie. Tak, nauczyłam się wreszcie autoafirmacji. Druga rzecz - nie jestem już tak cholernie nieśmiała i jeśli mam odmienne zdanie, nie boję się tego powiedzieć. O, tak jak teraz. Przyszła mi mama do pokoju i przeżywa, bo nie szykuję mężowi obiadu. Z tym, że mojemu mężowi rączki z dupy nie wyrastają, co też on sam często podkreśla. Dzielimy się obowiązkami. Wg nas obojga nie ma kobiety - służki i mężczyzny - pana i władcy. Jesteśmy równi prawami i obowiązkami. A to, że jest to nie do pojęcia dla mojej mamy, to jest wyłącznie jej problem. Fakt, mieszkamy pod jednym dachem, ale pewne ustalenia pomiędzy mną a mężem są NASZE, a nie jej. Wtrącając się pomiędzy nas, tylko mąci. Powiedziałam to wszystko i teraz pewnie będzie foch-gigant, ale mam to gdzieś. To nie pierwszy foch-gigant i nie ostatni raz zapewne, gdy muszę przypominać mojej mamie, że to małżeństwo jest moje i mojego męża, a nie jej. Zawsze, gdy mąż wychodzi, moja mama przychodzi mnie j*bać, bo to, bo tamto. Urok mieszkania z rodzicami, wiem. Ale nie pozwolę sobie włazić na głowę. Nikomu. Mężowi również nie pozwalam. Jeśli dam się zapuszkować jako osoba, którą można sterować wg własnego widzimisię, prędzej czy później wyląduję w białym kaftanie o związanych rękawach.
W końcu ruszyło się u mnie w pracy i będę teraz podszkalana na inne stanowisko. Co jak co ale posada, którą teraz zajmuję, powinna być obsadzana przez jedną osobę przez co najwyżej 2 lata. Potem następuje znudzenie pracą i dennymi obowiązkami, poza tym to odseparowanie od reszty zespołu... Na szczęście odważyłam się, zasygnalizowałam, że nie zamierzam siedzieć tak w nieskończoność i voila! Można? Można :)
Pozostaje jeszcze kwestia finansów. Ona spędza mi sen z powiek. Marudzę Mojemu na ten temat, bo przez jego dobroć trochę tracimy finansowo :/ Nie jakoś dramatycznie, ale jednak... Wolałabym sama sobie "zawdzięczać" straty niż ponosić je przez to, że inni bez Mojego nie radzą sobie w życiu. A odciąć się od tej jego dobroci nie mogę. Miejmy nadzieję, że w przyszłości będzie nieco lepiej i Pogotowie Ratunkowe B. nie będzie musiało interweniować zbyt często.
OK, mykam.
Pozdrawiam wszystkich - choć nie piszę ani się nie odzywam, pamiętam. I żałuję tego nieszczęsnego 12-godzinnego zegarka :(
Tagi:
nie będę tagować
08.01.2012 o godz. 15:52
komentuj (5)
Jeden wpis na miesiąc... Albo jestem szczęśliwa, albo zarobiona :P Albo to i to, khe khe :P
Jest dobrze - dziś oficjalnie stałam się właścicielką działki budowlanej. Szczegółów nie będę zdradzać (kogo to...?), ale po wielu trudach w końcu udało się wszystko załatwić. Oczywiście bez kredytu się nie obyło, ale przy dobrych wiatrach już za 3 lata skończę go spłacać.
Ej... Chyba się starzeję. Nie dość, że pojawiają się siwe włosy, to jeszcze doszła jakaś taka starcza upartość :) Stałam się bardzo, ale to bardzo przekorna. Nie lubię, gdy ktoś wtrąca się do moich decyzji czy nieproszony komentuje moje zachowanie. Szczególnie, jeśli jest to ktoś, kto moim zdaniem nie jest żadnym autorytetem. Nie wiem, skąd u mnie nagle tak silne poczucie niezależności.
...
Zawiesiłam się. To uczucie, gdy masz już gotową notkę w głowie, a gdy siadasz przed kompem, nagle uznajesz, że tak naprawdę nie masz nic ciekawego do napisania! A może to dlatego, że część siebie wylewam na FejsZbuku?
...
Dobra. Nie ma co się silić na pisanie, gdy we łbie pusto, Idę do męża :)
Do następnego ataku!
Jest dobrze - dziś oficjalnie stałam się właścicielką działki budowlanej. Szczegółów nie będę zdradzać (kogo to...?), ale po wielu trudach w końcu udało się wszystko załatwić. Oczywiście bez kredytu się nie obyło, ale przy dobrych wiatrach już za 3 lata skończę go spłacać.
Ej... Chyba się starzeję. Nie dość, że pojawiają się siwe włosy, to jeszcze doszła jakaś taka starcza upartość :) Stałam się bardzo, ale to bardzo przekorna. Nie lubię, gdy ktoś wtrąca się do moich decyzji czy nieproszony komentuje moje zachowanie. Szczególnie, jeśli jest to ktoś, kto moim zdaniem nie jest żadnym autorytetem. Nie wiem, skąd u mnie nagle tak silne poczucie niezależności.
...
Zawiesiłam się. To uczucie, gdy masz już gotową notkę w głowie, a gdy siadasz przed kompem, nagle uznajesz, że tak naprawdę nie masz nic ciekawego do napisania! A może to dlatego, że część siebie wylewam na FejsZbuku?
...
Dobra. Nie ma co się silić na pisanie, gdy we łbie pusto, Idę do męża :)
Do następnego ataku!
Tagi:
nie będę tagować
Jestem straszna.
Naprawdę.
"Pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć."
Tak mi powiedział.
Czy to nie jest więcej warte, niż wszystkie pieniądze tego świata? Aż tak bardzo konsumpcyjna się stałam, wbrew własnemu przekonaniu? Czyli jednak należę do tych czasów, w których liczy się ten, kto ma pieniądze?
Mam więcej, niż niejeden / niejedna by sobie wymarzyli, a pier**lę bez sensu tylko z powodu okresowych problemów finansowych.
A j*bnij się w łeb, pusta pało.
Naprawdę.
"Pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć."
Tak mi powiedział.
Czy to nie jest więcej warte, niż wszystkie pieniądze tego świata? Aż tak bardzo konsumpcyjna się stałam, wbrew własnemu przekonaniu? Czyli jednak należę do tych czasów, w których liczy się ten, kto ma pieniądze?
Mam więcej, niż niejeden / niejedna by sobie wymarzyli, a pier**lę bez sensu tylko z powodu okresowych problemów finansowych.
A j*bnij się w łeb, pusta pało.
Tagi:
nie będę tagować
*dla niezorientowanych - rzyć to dupa. Nie wierzysz, to przeczytaj: link
Najpełniej określiłabym teraz swój stan, rzucając wszystkimi przekleństwami tego świata. Z choroby już wyszłam (powiedzmy - jeszcze stosuję te wziewki dla astmatyków). Ze swojego wyglądu jestem zadowolona. W pracy też dobrze - bez większych zonków, a jeśli adrenalina, to tylko taka, która przynosi wartość dodaną.
O cóż więc chodzi? Oczywiście o pieniądze!
Nie wiem, czy to specyfika małżeństwa i czy wszyscy tak mają, ale odkąd jestem po ślubie, nie odłożyłam praktycznie nic. Kupiliśmy auto, ot co. Jednak stale trzeba do niego dokładać - a to opony zimowe wraz z felgami lub stalówkami (zobaczymy), a to trzeba zrobić rozrząd... A mnie już powoli ch** zaczyna strzelać. Trzeba było zostawić tę kasę i wstrzymać się na razie z kupnem auta i zainwestować w ziemię. Mój brat chce darować mi działkę - oczywiście nie całkiem za darmo, bo to by było nie fair, ale po całkiem okazyjnej cenie. Sporo niższej, niż za analogiczną działkę chciała ode mnie wziąć moja siostra. Nie wiem jednak, czy dostaniemy kredyt, gdyż mój małżonek dopiero od 2 miesięcy "coś" zarabia, a i tak praktycznie wszystko ładujemy w auto. Wywaliliśmy kilkanaście tysięcy gdyż - wg męża - tańszego auta nie opłaca się kupować, bo będzie kreować koszty. Tylko do ch**a Wacława, to za kilkanaście tysięcy też kreuje koszty, i to wcale niemałe. A ja oczywiście muszę się dokładać do tego wszystkiego, w końcu to ja jestem właścicielką samochodu. Pytam się (tak, świadomie użyłam zaimka zwrotnego) - po kiego zgodziłaś się, idiotko, kupować teraz to auto? Trzeba było te kilkanaście tysięcy (czyli ponad połowę wartości działki) nadal trzymać na lokacie, na resztę wziąć kredycik i działka byłaby nasza. No ale nie! Ta moja bierność. Auto, już, teraz, w tej chwili! A ja nic. A tak to kredytu nie dostaniemy, bo nie mamy ani wkładu własnego, do tego jeszcze małżonek wziął kredyt dla swojej babci. Zostajemy z autem, w które trzeba ładować pieniądze. Gdy B. powiedział dziś przez telefon: "Umówiłem się na przyszły tydzień z mechanikiem na robienie rozrządu, szykuj kasę!", to mnie po prostu krew zalała. Ledwo w piątek dostanę wypłatę a już spora jej część pójdzie się rypać. Nie na takie kupno auta się zgadzałam! Nie wiedziałam, że od tej pory pół mojej wypłaty będzie szło ot tak, na auto kosztujące mnie już na samym wejściu ponad 7 pensji! I tak, jestem zła. Jestem wściekła. Najbardziej na siebie, że nasze pieniądze poszły się srać, a ja nic z tym nie zrobiłam. Ani w chwili, gdy mąż (wtedy jeszcze nie mąż) brał kredyt dla babci, udupiając własną zdolność kredytową, ani w chwili, gdy zapadała decyzja o kupnie auta. Trzeba było się wstrzymać i jakoś dotoczylibyśmy się w tych naszych Golfach do lepszych czasów. A żeby tego było mało, zlikwidowałam sobie fundusz, na który co miesiąc odchodziło mi 200 zł, i z którego w 2017 miałabym podobno spore pieniądze. Jak się wali, to się wali wszystko. I nawet nie mam za bardzo na kim wyładować złości. Mogłabym na mężu, ale co mi to pomoże? Przecież nie cofniemy się w czasie... Mam nadzieję, że w przyszłości będę mądrzejsza. I twardsza. Zwłaszcza w sprawach finansów. Bo dostatecznie długo trzęsłam się nad portfelem i za nic nie chcę wrócić do tego stanu rzeczy. Chcę żyć w dobrobycie. Uczciwie pracuję i zasługuję na to. Nazwiecie mnie materialistką, ale tak po prostu czuję. Przykro mi.
link
Najpełniej określiłabym teraz swój stan, rzucając wszystkimi przekleństwami tego świata. Z choroby już wyszłam (powiedzmy - jeszcze stosuję te wziewki dla astmatyków). Ze swojego wyglądu jestem zadowolona. W pracy też dobrze - bez większych zonków, a jeśli adrenalina, to tylko taka, która przynosi wartość dodaną.
O cóż więc chodzi? Oczywiście o pieniądze!
Nie wiem, czy to specyfika małżeństwa i czy wszyscy tak mają, ale odkąd jestem po ślubie, nie odłożyłam praktycznie nic. Kupiliśmy auto, ot co. Jednak stale trzeba do niego dokładać - a to opony zimowe wraz z felgami lub stalówkami (zobaczymy), a to trzeba zrobić rozrząd... A mnie już powoli ch** zaczyna strzelać. Trzeba było zostawić tę kasę i wstrzymać się na razie z kupnem auta i zainwestować w ziemię. Mój brat chce darować mi działkę - oczywiście nie całkiem za darmo, bo to by było nie fair, ale po całkiem okazyjnej cenie. Sporo niższej, niż za analogiczną działkę chciała ode mnie wziąć moja siostra. Nie wiem jednak, czy dostaniemy kredyt, gdyż mój małżonek dopiero od 2 miesięcy "coś" zarabia, a i tak praktycznie wszystko ładujemy w auto. Wywaliliśmy kilkanaście tysięcy gdyż - wg męża - tańszego auta nie opłaca się kupować, bo będzie kreować koszty. Tylko do ch**a Wacława, to za kilkanaście tysięcy też kreuje koszty, i to wcale niemałe. A ja oczywiście muszę się dokładać do tego wszystkiego, w końcu to ja jestem właścicielką samochodu. Pytam się (tak, świadomie użyłam zaimka zwrotnego) - po kiego zgodziłaś się, idiotko, kupować teraz to auto? Trzeba było te kilkanaście tysięcy (czyli ponad połowę wartości działki) nadal trzymać na lokacie, na resztę wziąć kredycik i działka byłaby nasza. No ale nie! Ta moja bierność. Auto, już, teraz, w tej chwili! A ja nic. A tak to kredytu nie dostaniemy, bo nie mamy ani wkładu własnego, do tego jeszcze małżonek wziął kredyt dla swojej babci. Zostajemy z autem, w które trzeba ładować pieniądze. Gdy B. powiedział dziś przez telefon: "Umówiłem się na przyszły tydzień z mechanikiem na robienie rozrządu, szykuj kasę!", to mnie po prostu krew zalała. Ledwo w piątek dostanę wypłatę a już spora jej część pójdzie się rypać. Nie na takie kupno auta się zgadzałam! Nie wiedziałam, że od tej pory pół mojej wypłaty będzie szło ot tak, na auto kosztujące mnie już na samym wejściu ponad 7 pensji! I tak, jestem zła. Jestem wściekła. Najbardziej na siebie, że nasze pieniądze poszły się srać, a ja nic z tym nie zrobiłam. Ani w chwili, gdy mąż (wtedy jeszcze nie mąż) brał kredyt dla babci, udupiając własną zdolność kredytową, ani w chwili, gdy zapadała decyzja o kupnie auta. Trzeba było się wstrzymać i jakoś dotoczylibyśmy się w tych naszych Golfach do lepszych czasów. A żeby tego było mało, zlikwidowałam sobie fundusz, na który co miesiąc odchodziło mi 200 zł, i z którego w 2017 miałabym podobno spore pieniądze. Jak się wali, to się wali wszystko. I nawet nie mam za bardzo na kim wyładować złości. Mogłabym na mężu, ale co mi to pomoże? Przecież nie cofniemy się w czasie... Mam nadzieję, że w przyszłości będę mądrzejsza. I twardsza. Zwłaszcza w sprawach finansów. Bo dostatecznie długo trzęsłam się nad portfelem i za nic nie chcę wrócić do tego stanu rzeczy. Chcę żyć w dobrobycie. Uczciwie pracuję i zasługuję na to. Nazwiecie mnie materialistką, ale tak po prostu czuję. Przykro mi.
link
Tagi:
nie będę tagować
Ku nieszczęściu niektórych, mam teraz nieco więcej czasu więc zrobię tu porządek... na miarę swoich możliwości. Nie ma komu ukrócić procederu notek z dupy, przez które bloblo zeszło na psy! Ktoś, kto naprawdę ma coś do napisania, ginie pod stosem nonsensów jakże oryginalnie pisanych pogrubioną czcionką i oczywiście z nieodłącznym obrazkiem z google. Ani treści, ani sensu, ale czego tu się spodziewać, kiedy rodzice swoje obowiązki wychowawcze ograniczają jedynie do kupienia laptopa i powiedzenia: "Masz, pobaw się."? Przykro mi, ale notka świadczy o człowieku. O mnie świadczy to, co piszę. A o czym świadczy notka nie przedstawiająca właściwie żadnej treści ani nie przynosząca żadnej wartości dodanej?
Pozostawiam pod rozwagę.
Pamiętajcie - I SEE ALL.
Za długo tu jestem, żeby patrzeć jak strona się skurwia.
Pozostawiam pod rozwagę.
Pamiętajcie - I SEE ALL.
Za długo tu jestem, żeby patrzeć jak strona się skurwia.
Tagi:
nie będę tagować
Damn it, miałam nie tytułować notek :P
Rzecz wstydliwa - zauważyłam, że ostatnio ustawiłam się jedynie na nadawanie. Odbiór gdzieś mi zaniknął :( Nieco zblazowana jestem i wiecznie zmęczona. W pracy plecy przez moją cudowną chorobę - znowu dostałam jakieś wziewki dla astmatyków :/ Do końca tygodnia mam siedzieć w domu. Myślałam, że trochę podgonię po poprzednim chorobowym, ale nie da się! Po prostu się nie da. Może to dlatego moja równowaga nieco się zaburzyła. Praca - jak na Koziorożca przystało - jest dla mnie ogromnie ważna i nawet najdrobniejsze potknięcie rzutuje na moje samopoczucie, a co dopiero ponad tygodniowe zaległości :/
Do tego oczywiście niedosyt kasy, ale to jest akurat do przeżycia. Pieniądze raz są, raz ich nie ma, taka ich specyfika.
I tym optymistycznym akcentem kończę. Mąż gra w NFS i dekoncentruje mnie ten ryk silnika :P
Tymczasem.
Rzecz wstydliwa - zauważyłam, że ostatnio ustawiłam się jedynie na nadawanie. Odbiór gdzieś mi zaniknął :( Nieco zblazowana jestem i wiecznie zmęczona. W pracy plecy przez moją cudowną chorobę - znowu dostałam jakieś wziewki dla astmatyków :/ Do końca tygodnia mam siedzieć w domu. Myślałam, że trochę podgonię po poprzednim chorobowym, ale nie da się! Po prostu się nie da. Może to dlatego moja równowaga nieco się zaburzyła. Praca - jak na Koziorożca przystało - jest dla mnie ogromnie ważna i nawet najdrobniejsze potknięcie rzutuje na moje samopoczucie, a co dopiero ponad tygodniowe zaległości :/
Do tego oczywiście niedosyt kasy, ale to jest akurat do przeżycia. Pieniądze raz są, raz ich nie ma, taka ich specyfika.
I tym optymistycznym akcentem kończę. Mąż gra w NFS i dekoncentruje mnie ten ryk silnika :P
Tymczasem.
Tagi:
nie będę tagować
Chyba zrezygnuję z tytułowania notek. Zawsze w tym miejscu zatrzymuję się i koniec końców rezygnuję z pisania.
Masakra z tą grypą! Chusteczki zużywam z prędkością światła. Na szczęście od pewnego czasu chodzę do innego lekarza - najpierw pyta, co mi dolega, potem dokładnie osłuchuje, patrzy w gardło, nie to, co pewna super wykwalifikowana pani doktor, która w swoim gabinecie siedzi chyba za karę. Leki, które on mi zaleca: witamina C, wapno w rozpuszczalnych tabletkach i Apap. Kupienie tego wszystkiego to kwestia 15-20 zł. Tamta lekarka zawsze przepisywała mi antybiotyki za ciężkie pieniądze, w tym raz ze składnikiem, na który jestem uczulona :/
Kurde... Miałam pisać pracę magisterską, ale jakoś tak mi się nie składa. Nie po drodze mi :/ Ale mus to mus.
Teść na szczęście się odnalazł. W sobotę miał wylew i przez 3 dni był nieprzytomny. Na szczęście niemiecka (bo teść pojechał do Niemiec do pracy) służba zdrowia dała radę i jak na razie wszystko idzie ku lepszemu. Oby tak dalej bo naprawdę go lubię. Teściową też mam bardzo fajną. W ogóle... no, aż nie wypada się chwalić ;) Bo zauroczę :D
Dziś mąż wraca do domu po 2-dniowej nieobecności. Trza będzie przyszykować coś "speszyl"...
I wiecie co... Chyba przeszłam w jakieś inne rejony muzyki.
Masakra z tą grypą! Chusteczki zużywam z prędkością światła. Na szczęście od pewnego czasu chodzę do innego lekarza - najpierw pyta, co mi dolega, potem dokładnie osłuchuje, patrzy w gardło, nie to, co pewna super wykwalifikowana pani doktor, która w swoim gabinecie siedzi chyba za karę. Leki, które on mi zaleca: witamina C, wapno w rozpuszczalnych tabletkach i Apap. Kupienie tego wszystkiego to kwestia 15-20 zł. Tamta lekarka zawsze przepisywała mi antybiotyki za ciężkie pieniądze, w tym raz ze składnikiem, na który jestem uczulona :/
Kurde... Miałam pisać pracę magisterską, ale jakoś tak mi się nie składa. Nie po drodze mi :/ Ale mus to mus.
Teść na szczęście się odnalazł. W sobotę miał wylew i przez 3 dni był nieprzytomny. Na szczęście niemiecka (bo teść pojechał do Niemiec do pracy) służba zdrowia dała radę i jak na razie wszystko idzie ku lepszemu. Oby tak dalej bo naprawdę go lubię. Teściową też mam bardzo fajną. W ogóle... no, aż nie wypada się chwalić ;) Bo zauroczę :D
Dziś mąż wraca do domu po 2-dniowej nieobecności. Trza będzie przyszykować coś "speszyl"...
I wiecie co... Chyba przeszłam w jakieś inne rejony muzyki.
Tagi:
nie będę tagować
1. Jestem chora. Smarkam, pluję, pocę się.
2. W pracy mnożą mi się więc zaległości. Zresztą i tak musiałam tam dziś na chwilę pojechać.
3. Z Golfa wyciekła ropa. Zostawiłam jebitną plamę na skrzyżowaniu.
4. Nie mogłam dostać się na parking strzeżony, na którym trzymamy nowe auto.
5. Teść jest w szpitalu w Niemczech - pojechał tam do pracy, wylądował w szpitalu, ale co dalej - nie wiadomo :(
Gdzie moja kapsułka z cyjankiem?
2. W pracy mnożą mi się więc zaległości. Zresztą i tak musiałam tam dziś na chwilę pojechać.
3. Z Golfa wyciekła ropa. Zostawiłam jebitną plamę na skrzyżowaniu.
4. Nie mogłam dostać się na parking strzeżony, na którym trzymamy nowe auto.
5. Teść jest w szpitalu w Niemczech - pojechał tam do pracy, wylądował w szpitalu, ale co dalej - nie wiadomo :(
Gdzie moja kapsułka z cyjankiem?
Tagi:
nie będę tagować
Tyle zmian! Codzienność mnie zaskakuje. Dawka adrenaliny, bez której przecież nie możemy żyć...
Wstyd przyznać... Biję się w piersi... Fejs-zbuk mnie ukradł. Wdarło się cholerstwo w moje jestestwo i niczym tasiemiec uzbrojony zakotwiczyło na dobre. Co prawda nie przeginam - nie zamieszczam kretyńskich 100 fot (obecnie mam ich 9 i to całkiem różnych), nie ogłaszam, że idę do kibla srać, nie biorę udziału w akcjach, gierkach, ankietach itp., ale... no wstyd mi, no... Tyle razy pojeżdżałam tu to wszystko a jednak jakoś stałam się częścią tej jebanej machiny... Dlaczego? Żeby mieć lepszy kontakt ze znajomymi z pracy. I wiecie co? To działa. Nie wiem, na jakiej zasadzie. To są jakieś podprogowe dyrdymały czy inne tam czary, na których się nie znam.
Ale o czym to ja...? O codzienności. Wszystko dzieje się szybko. Dni mijają jak szalone. Jednak... powodzi się nam. Nie finansowo. Tzn. na nic nam nie brakuje, ale też "szału ni ma". Normalnie, jak u większości. Chodzi mi raczej o to, że wszystko przychodzi raczej bez problemów i nie wiem, czy to łut szczęścia, czy po prostu to my swoim działaniem jakoś wpływamy na nasz los, że nie dzieją się żadne większe "fuck-up'y".
Jutro idę na wieczór panieński do koleżanki z liceum. A potem siadam do pracy magisterskiej - do końca miesiąca muszę ją złożyć do promotora, żeby uniknąć problemów.
A tymczasem - pozdrawiam wszystkie "moje" dziewczyny. Jestem z Wami... może nie namacalnie... ale jednak.
Wstyd przyznać... Biję się w piersi... Fejs-zbuk mnie ukradł. Wdarło się cholerstwo w moje jestestwo i niczym tasiemiec uzbrojony zakotwiczyło na dobre. Co prawda nie przeginam - nie zamieszczam kretyńskich 100 fot (obecnie mam ich 9 i to całkiem różnych), nie ogłaszam, że idę do kibla srać, nie biorę udziału w akcjach, gierkach, ankietach itp., ale... no wstyd mi, no... Tyle razy pojeżdżałam tu to wszystko a jednak jakoś stałam się częścią tej jebanej machiny... Dlaczego? Żeby mieć lepszy kontakt ze znajomymi z pracy. I wiecie co? To działa. Nie wiem, na jakiej zasadzie. To są jakieś podprogowe dyrdymały czy inne tam czary, na których się nie znam.
Ale o czym to ja...? O codzienności. Wszystko dzieje się szybko. Dni mijają jak szalone. Jednak... powodzi się nam. Nie finansowo. Tzn. na nic nam nie brakuje, ale też "szału ni ma". Normalnie, jak u większości. Chodzi mi raczej o to, że wszystko przychodzi raczej bez problemów i nie wiem, czy to łut szczęścia, czy po prostu to my swoim działaniem jakoś wpływamy na nasz los, że nie dzieją się żadne większe "fuck-up'y".
Jutro idę na wieczór panieński do koleżanki z liceum. A potem siadam do pracy magisterskiej - do końca miesiąca muszę ją złożyć do promotora, żeby uniknąć problemów.
A tymczasem - pozdrawiam wszystkie "moje" dziewczyny. Jestem z Wami... może nie namacalnie... ale jednak.
Tagi:
nie będę tagować
I znowu wpis na kolanie! Ale ważne, że jest :P
Na głównej jak widzę nadzoru żadnego nie ma. Pełno wpisów typu "nie-mam-nic-ciekawego-do-napisania-więc-jebnę-jakimś-smętnym-tekstem-i-dodam-fotkę-z-google". Rozumiem - nuda. Ale czy nie lepiej przeczytać jakąś książkę, niż napierdalać postami co minutę? A, faktycznie. Czytanie nie jest cool. Sorry!
Z Moim ciągle się docieramy. Uczę się życia we dwoje, uczę się trudnej sztuki kompromisu... Ale zawsze mogę na niego liczyć. I fakt, wkurza mnie to, że nie mam już całkowitej władzy nad wszystkim. Z drugiej strony wreszcie znalazł się ktoś, kto na moje "Nie, bo nie!" i tupnięcie nóżką reaguje pełnym politowania spojrzeniem i pytaniem: "Skończyłaś?". Z perspektywy czasu często okazuje się bowiem, że łepek miał rację, a wielka pani starsza - czyli ja - jednak się myliła.
Małżeństwo uczy pokory. Nie jest to jednak proces jednostronny. Mąż przed podjęciem niemalże każdej decyzji ZAWSZE, ale to ZAWSZE, konsultuje ją ze mną.
Dobrze trafiłam... Jest o kogo być zazdrosną :)
Na głównej jak widzę nadzoru żadnego nie ma. Pełno wpisów typu "nie-mam-nic-ciekawego-do-napisania-więc-jebnę-jakimś-smętnym-tekstem-i-dodam-fotkę-z-google". Rozumiem - nuda. Ale czy nie lepiej przeczytać jakąś książkę, niż napierdalać postami co minutę? A, faktycznie. Czytanie nie jest cool. Sorry!
Z Moim ciągle się docieramy. Uczę się życia we dwoje, uczę się trudnej sztuki kompromisu... Ale zawsze mogę na niego liczyć. I fakt, wkurza mnie to, że nie mam już całkowitej władzy nad wszystkim. Z drugiej strony wreszcie znalazł się ktoś, kto na moje "Nie, bo nie!" i tupnięcie nóżką reaguje pełnym politowania spojrzeniem i pytaniem: "Skończyłaś?". Z perspektywy czasu często okazuje się bowiem, że łepek miał rację, a wielka pani starsza - czyli ja - jednak się myliła.
Małżeństwo uczy pokory. Nie jest to jednak proces jednostronny. Mąż przed podjęciem niemalże każdej decyzji ZAWSZE, ale to ZAWSZE, konsultuje ją ze mną.
Dobrze trafiłam... Jest o kogo być zazdrosną :)
Tagi:
nie będę tagować
Jeden wpis na miesiąc to trochę mało, wiem. Mogłabym udawać zdziwioną: czemu ten czas tak leci, nie mam chwili dla siebie... No ale to jest właśnie małżeństwo. Człowiek już nie decyduje sam o sobie, nie jest już niezależny. OK, organizowanie mi czasu nie jest złe - sama nie mam pomysłu, co robić w czasie dnia. Najlepiej czuję się w pracy - tam robię to, co lubię. Wkurza mnie jedynie to, że nie jestem już panią swoich pieniędzy. Nie mogę sobie nic kupić, bo przecież szafy pełne! Mamy odkładać. Co prawda mąż zaproponował mi, że będę mogła prosić go o kupienie tego czy owego, ale tego właśnie nie chcę! Jestem raczej hojna, jeśli chodzi o obdarowywanie ludzi, ale z jakiegoś powodu nienawidzę prosić o kupienie tego czy owego. Czuję się wtedy jak ostatnia niedojda, która nie jest w stanie sama się utrzymać. Jakaś taka duma się we mnie wzbiera... Nie umiem tego wytłumaczyć. Muszę mieć swoje i koniec.
Do tego oczywiście cały czas jestem jebana przez mamę praktycznie za wszystko. Nagle zaczyna się wstydzić tego, jaka jestem, a ja się zapytuję: "Gdzie byłaś wcześniej?"
...
No właśnie. Obowiązki wzywają.
CDN. (nie wiem, kiedy...)
Do tego oczywiście cały czas jestem jebana przez mamę praktycznie za wszystko. Nagle zaczyna się wstydzić tego, jaka jestem, a ja się zapytuję: "Gdzie byłaś wcześniej?"
...
No właśnie. Obowiązki wzywają.
CDN. (nie wiem, kiedy...)
Tagi:
nie będę tagować
Jestem, żyję, mam!
Już po ślubie. Dość długo nie pisałam - prawie miesiąc (jak to szybko minęło!). W międzyczasie jednak, jak to w moim przypadku bywa, udowodniłam, żem człowiek, nie krowa, i zaistniałam na FB. Jednak można tam uniknąć żenady typu testy na to, w ilu procentach jestem kwiatem, a w ilu doniczką. Za to można odzyskać kontakt ze znajomymi i wyjść z ciasnej skorupy własnego biura... Jestem na lekkim rauszu (pyszne winko!), dlatego wybaczcie nieskładne pisanie - obecnie przebywamy na tzw. miesiącu miodowym, czyli kilkudniowym wyjeździe w przeurocze miejsce ok. 45 minut od domu.
Ślubu opisywać nie będę, bo nie działo się nic niestandardowego. Wszystko udało nam się praktycznie bez problemów, ludzie fajnie się bawili... Co tu dużo pisać? Jestem w pełni zadowolona - szczególnie z faktu, że jesteśmy już PO... Inne nazwisko, więcej czasu razem, poczucie jedności i przynależności... Coś z piramidą Maslowa... W każdym razie do szczęścia nie brakuje mi teraz absolutnie niczego.
Zdjęć z wesela tu nie zamieszczę - dotychczas nie ujawniałam się i niech już może tak zostanie...
A na zakończenie zamieszczam piosenkę, która posłużyła nam za podkład do naszego pierwszego tańca. I spadam do męża - musimy się sobą nacieszyć ;)
link
Już po ślubie. Dość długo nie pisałam - prawie miesiąc (jak to szybko minęło!). W międzyczasie jednak, jak to w moim przypadku bywa, udowodniłam, żem człowiek, nie krowa, i zaistniałam na FB. Jednak można tam uniknąć żenady typu testy na to, w ilu procentach jestem kwiatem, a w ilu doniczką. Za to można odzyskać kontakt ze znajomymi i wyjść z ciasnej skorupy własnego biura... Jestem na lekkim rauszu (pyszne winko!), dlatego wybaczcie nieskładne pisanie - obecnie przebywamy na tzw. miesiącu miodowym, czyli kilkudniowym wyjeździe w przeurocze miejsce ok. 45 minut od domu.
Ślubu opisywać nie będę, bo nie działo się nic niestandardowego. Wszystko udało nam się praktycznie bez problemów, ludzie fajnie się bawili... Co tu dużo pisać? Jestem w pełni zadowolona - szczególnie z faktu, że jesteśmy już PO... Inne nazwisko, więcej czasu razem, poczucie jedności i przynależności... Coś z piramidą Maslowa... W każdym razie do szczęścia nie brakuje mi teraz absolutnie niczego.
Zdjęć z wesela tu nie zamieszczę - dotychczas nie ujawniałam się i niech już może tak zostanie...
A na zakończenie zamieszczam piosenkę, która posłużyła nam za podkład do naszego pierwszego tańca. I spadam do męża - musimy się sobą nacieszyć ;)
link
Tagi:
nie będę tagować
Ufff... Człowiek coraz aktywniej uczestniczy w życiu poza-domowym.
W piątek byliśmy z Moim najpierw na koncercie big bandu z naszego miasta. Ot, kilkunastu facetów z różnymi instrumentami daje czadu, grając np. "Merengue" czy "Tequila". W lipcu albo w sierpniu będzie następny taki koncert. Na pewno się wybiorę, bo uwielbiam dobrą muzę na żywo. Tak samo zresztą, jak ludzi, którzy zamiast tracić czas na leżenie przed telewizorem biorą trąbkę albo gitarę w dłonie i umilają innym życie jednym z największych darów, jakim jest dobra muzyka :) A nie "DziuDA! Dziud-a-a!" czy inne gówno.
Potem wybraliśmy się na noc w Multikinie. Początek był obiecujący - "Jak zostać królem". Film przez duże "F". Nie będę pisać więcej, bo jednym okiem oglądam "Anię z Zielonego Wzgórza" :), pójdę na łatwiznę i wstawię trailer. I tak mój wpis zginie zaraz pod mnóstwem badziewia typu Justin Bieber, po co się starać?
link, bo nie wyrażono zgody :P
Potem poszliśmy na głośną "Salę samobójców". Film mocny. Mnie trochę niesmaczyły emo-sceny z cięciem się i innymi fanaberiami. Mimo, że po opuszczeniu sali miałam tak zrytą banię, że wybór następnego filmu okazał się tragiczny w skutkach, nie żałuję, że to widziałam. Przede wszystkim ukazano niebezpieczeństwa czyhające na młodych, naiwnych ludzi w internecie i utwierdzono mnie w przekonaniu, że Facebook i inne takie potrafią być niebezpiecznym narzędziem.
link
Na koniec mieliśmy iść na "Zanim odejdą wody", ale przez jakąś schizmę złapaną po poprzednim filmie poszliśmy na "Poznasz przystojnego bruneta" - film Woddy'ego Allena. Niestety, wielkie nazwisko okazało się podrzuconym zbukiem. Masakra. Gorszego filmu w kinie nigdy, przenigdy nie widziałam. NIE POLECAM.
link
Dziś Mój wyjechał na kilka dni służbowo na Słowację, toteż zabiorę się za remanent w szafie. Jak nie teraz, to kiedy? Na pewno znajdę coś, czego już dawno nie noszę i nosić nie będę, a co może komuś innemu się spodoba.
Póki co - do następnego.
Idę do "Ani..." :)
W piątek byliśmy z Moim najpierw na koncercie big bandu z naszego miasta. Ot, kilkunastu facetów z różnymi instrumentami daje czadu, grając np. "Merengue" czy "Tequila". W lipcu albo w sierpniu będzie następny taki koncert. Na pewno się wybiorę, bo uwielbiam dobrą muzę na żywo. Tak samo zresztą, jak ludzi, którzy zamiast tracić czas na leżenie przed telewizorem biorą trąbkę albo gitarę w dłonie i umilają innym życie jednym z największych darów, jakim jest dobra muzyka :) A nie "DziuDA! Dziud-a-a!" czy inne gówno.
Potem wybraliśmy się na noc w Multikinie. Początek był obiecujący - "Jak zostać królem". Film przez duże "F". Nie będę pisać więcej, bo jednym okiem oglądam "Anię z Zielonego Wzgórza" :), pójdę na łatwiznę i wstawię trailer. I tak mój wpis zginie zaraz pod mnóstwem badziewia typu Justin Bieber, po co się starać?
Film nie może zostać dodany, ponieważ autor filmu nie wyraził na to zgody.
link, bo nie wyrażono zgody :P
Potem poszliśmy na głośną "Salę samobójców". Film mocny. Mnie trochę niesmaczyły emo-sceny z cięciem się i innymi fanaberiami. Mimo, że po opuszczeniu sali miałam tak zrytą banię, że wybór następnego filmu okazał się tragiczny w skutkach, nie żałuję, że to widziałam. Przede wszystkim ukazano niebezpieczeństwa czyhające na młodych, naiwnych ludzi w internecie i utwierdzono mnie w przekonaniu, że Facebook i inne takie potrafią być niebezpiecznym narzędziem.
link
Na koniec mieliśmy iść na "Zanim odejdą wody", ale przez jakąś schizmę złapaną po poprzednim filmie poszliśmy na "Poznasz przystojnego bruneta" - film Woddy'ego Allena. Niestety, wielkie nazwisko okazało się podrzuconym zbukiem. Masakra. Gorszego filmu w kinie nigdy, przenigdy nie widziałam. NIE POLECAM.
link
Dziś Mój wyjechał na kilka dni służbowo na Słowację, toteż zabiorę się za remanent w szafie. Jak nie teraz, to kiedy? Na pewno znajdę coś, czego już dawno nie noszę i nosić nie będę, a co może komuś innemu się spodoba.
Póki co - do następnego.
Idę do "Ani..." :)
Tagi:
nie będę tagować
Zastygłam.
Dzwonił na domowy. Poprosił, żebym włączyła komórkę.
Włączyłam.
Za chwilę dzwoni.
Zdenerwował się, bo się spóźniłam. Dlatego był taki.
Potem nastąpiła długa wymiana zdań, po której stwierdziłam, że cała rozmowa jest jałowa. I że obojętne mi, czy przyjdzie.
Po odłożeniu słuchawki zaczęłam płakać.
W końcu przeczytałam SMS, którego napisał w tonie wkurwiono-drwiącym jeszcze nie wiedząc chyba, że serio wyłączyłam telefon.
I łzy mi się z miejsca skończyły.
Osz Ty.
Jeszcze zobaczymy.
[EDIT: No... już jest dobrze. Ale co się naryczałam, to moje :/]
Dzwonił na domowy. Poprosił, żebym włączyła komórkę.
Włączyłam.
Za chwilę dzwoni.
Zdenerwował się, bo się spóźniłam. Dlatego był taki.
Potem nastąpiła długa wymiana zdań, po której stwierdziłam, że cała rozmowa jest jałowa. I że obojętne mi, czy przyjdzie.
Po odłożeniu słuchawki zaczęłam płakać.
W końcu przeczytałam SMS, którego napisał w tonie wkurwiono-drwiącym jeszcze nie wiedząc chyba, że serio wyłączyłam telefon.
I łzy mi się z miejsca skończyły.
Osz Ty.
Jeszcze zobaczymy.
[EDIT: No... już jest dobrze. Ale co się naryczałam, to moje :/]
Tagi:
nie będę tagować
Czy istnieje jakaś tajna organizacja zrzeszająca bliskie mi osoby, której celem działania jest rozczarowywanie mnie?
Dzisiaj mieliśmy z Moim urwać się wcześniej z pracy i zanieść dokumenty do USC. Oczywiście ludzie zaczęli się złazić do mnie na ostatnią chwilę i w efekcie wyszłam z pracy o 15:50, a nie - jak się umawialiśmy - o 15:00.
Nudna historia, jakich wiele, prawda?
Otóż nie. Okazało się bowiem, że człowiek, za którego w przyszłym miesiącu zamierzam wyjść za mąż, ma dobrze dotychczas ukrywane drugie oblicze. Ta "jaźń" jest opryskliwa, wredna, despotyczna i po prostu chamska. Nie znosi sprzeciwu, nie słucha tłumaczeń. Patrzy jakoś tak...
Kręcę głową, gdy to piszę. Po raz pierwszy zobaczyłam w nim nie osobę, którą kocham, ale rasowego skurwiela. Oczywiście jak zwykle w takim przypadku łzy popłynęły mi do oczu (nadal płyną na samo wspomnienie) i tylko widziałam, jak odjeżdża spod USC z piskiem opon.
Wyłączyłam telefon i nie wiem, kiedy go włączę. Ogarnęła mnie jakaś taka obojętność. Napisałam mu tylko, że jak koleżanka z pracy, Madzia, zadzwoniła z jakiegoś tam maratonu z płaczem, to potem 5 razy dzwonił i dopytywał, co się stało, a mnie potraktował, jak psa. I że ma na dzisiaj spokój ze mną.
Wiem, że będzie dobrze - moja mama też się nacierpiała, zanim udało jej się doprowadzić tatę do pionu.
Tylko czy to jest kurwa normalne, żeby robić komuś awanturę, że musiał dłużej zostać w pracy i dlatego o dwa dni opóźni się złożenie jakichś tam dokumentów?
Jednocześnie dla swoich koleżaneczek szanowny mój przyszły małżonek zawsze ma ciepłe słowo...
OK, też mogę stać się miła dla moich kolegów, milsza, niż dla narzeczonego. Powiedz jedno słowo, kochanie, a tak właśnie będę czynić. Cokolwiek rozkażesz.
I tak, wiem, niefajne, że opisuję to na swoim blogu, do którego każdy ma wgląd. No ale tak to jest. Poniżenie za poniżenie. W związku nie ma miejsca na "równych" i "równiejszych".
Zatem - BĘC!
Niech rozpocznie się gra.
PS. Chcę tylko normalnego życia... Nie musi zarabiać, nie musi MIEĆ, nie musi wielu rzeczy, których inne kobiety wymagają... Wystarczy, żeby był dla mnie człowiekiem. Czy to za wiele?...
No Doubt - Simple kind of life
PS2. Chyba jakaś grypa mnie łapie. Jeszcze brakuje, żebym się pochorowała przez tego orangutana :/
Dzisiaj mieliśmy z Moim urwać się wcześniej z pracy i zanieść dokumenty do USC. Oczywiście ludzie zaczęli się złazić do mnie na ostatnią chwilę i w efekcie wyszłam z pracy o 15:50, a nie - jak się umawialiśmy - o 15:00.
Nudna historia, jakich wiele, prawda?
Otóż nie. Okazało się bowiem, że człowiek, za którego w przyszłym miesiącu zamierzam wyjść za mąż, ma dobrze dotychczas ukrywane drugie oblicze. Ta "jaźń" jest opryskliwa, wredna, despotyczna i po prostu chamska. Nie znosi sprzeciwu, nie słucha tłumaczeń. Patrzy jakoś tak...
Kręcę głową, gdy to piszę. Po raz pierwszy zobaczyłam w nim nie osobę, którą kocham, ale rasowego skurwiela. Oczywiście jak zwykle w takim przypadku łzy popłynęły mi do oczu (nadal płyną na samo wspomnienie) i tylko widziałam, jak odjeżdża spod USC z piskiem opon.
Wyłączyłam telefon i nie wiem, kiedy go włączę. Ogarnęła mnie jakaś taka obojętność. Napisałam mu tylko, że jak koleżanka z pracy, Madzia, zadzwoniła z jakiegoś tam maratonu z płaczem, to potem 5 razy dzwonił i dopytywał, co się stało, a mnie potraktował, jak psa. I że ma na dzisiaj spokój ze mną.
Wiem, że będzie dobrze - moja mama też się nacierpiała, zanim udało jej się doprowadzić tatę do pionu.
Tylko czy to jest kurwa normalne, żeby robić komuś awanturę, że musiał dłużej zostać w pracy i dlatego o dwa dni opóźni się złożenie jakichś tam dokumentów?
Jednocześnie dla swoich koleżaneczek szanowny mój przyszły małżonek zawsze ma ciepłe słowo...
OK, też mogę stać się miła dla moich kolegów, milsza, niż dla narzeczonego. Powiedz jedno słowo, kochanie, a tak właśnie będę czynić. Cokolwiek rozkażesz.
I tak, wiem, niefajne, że opisuję to na swoim blogu, do którego każdy ma wgląd. No ale tak to jest. Poniżenie za poniżenie. W związku nie ma miejsca na "równych" i "równiejszych".
Zatem - BĘC!
Niech rozpocznie się gra.
PS. Chcę tylko normalnego życia... Nie musi zarabiać, nie musi MIEĆ, nie musi wielu rzeczy, których inne kobiety wymagają... Wystarczy, żeby był dla mnie człowiekiem. Czy to za wiele?...
No Doubt - Simple kind of life
PS2. Chyba jakaś grypa mnie łapie. Jeszcze brakuje, żebym się pochorowała przez tego orangutana :/
Tagi:
nie będę tagować
Ale miał wypadek.
Ożenił się.
Nie, nie ten nastarszy. Na najstarszego mogę zawsze liczyć, podobnie, jak na siostrę.
Poprosiłam, żeby został starostą na moim ślubie. Do dyskusji włączyła się jednak jego żonka i tym oto sposobem "brat", jak ostatnia pizda, odmówił mi. Znaczy - poprosił o czas do zastanowienia do dzisiaj, ale już wiem, że odmówi. "Bratowa" jest w ciąży, o czym najwyraźniej wiemy na razie tylko my. Ciekawe, kiedy moi rodzice się dowiedzą. Na oko to czwarty miesiąc, ale po co mówić komukolwiek? Przecież "moi rodzice nie lubią dzieci "Brata" i "Bratowej"".
Mówię Wam, szlag mnie trafia i kiszki mi się skręcają. Już nigdy więcej go o nic nie poproszę i lepiej niech on też tego nie robi. To był pierwszy i ostatni raz, kiedy tak bardzo chciałam na niego liczyć. A jak nie - to nie.
Miałam brata.
Ożenił się.
Teraz jest mi obcy.
Ożenił się.
Nie, nie ten nastarszy. Na najstarszego mogę zawsze liczyć, podobnie, jak na siostrę.
Poprosiłam, żeby został starostą na moim ślubie. Do dyskusji włączyła się jednak jego żonka i tym oto sposobem "brat", jak ostatnia pizda, odmówił mi. Znaczy - poprosił o czas do zastanowienia do dzisiaj, ale już wiem, że odmówi. "Bratowa" jest w ciąży, o czym najwyraźniej wiemy na razie tylko my. Ciekawe, kiedy moi rodzice się dowiedzą. Na oko to czwarty miesiąc, ale po co mówić komukolwiek? Przecież "moi rodzice nie lubią dzieci "Brata" i "Bratowej"".
Mówię Wam, szlag mnie trafia i kiszki mi się skręcają. Już nigdy więcej go o nic nie poproszę i lepiej niech on też tego nie robi. To był pierwszy i ostatni raz, kiedy tak bardzo chciałam na niego liczyć. A jak nie - to nie.
Miałam brata.
Ożenił się.
Teraz jest mi obcy.
Tagi:
nie będę tagować
Sonia Bohosiewicz - taka ładna kobieta. Słowiańska uroda. Te figlarne oczy o przyciągającym spojrzeniu. Łagodny uśmiech. Jej młodsza siostra wyglądała przy niej jak Joker z tym żabim, szerokim uśmiechem i "suczowym" wyrazem twarzy.
I nagle co?
...
I mamy kolejną ofiarę tego samego chyba chirurga plastycznego, który z Edyty Górniak i Krzysztofa Ibisza zrobił rozdzielone po urodzeniu bliźnięta, a z Dody - transwestytę. Sonię jakimś cudem przeistoczył Jocelyn Wildenstein.
Na TVN Style jest jakiś nowy program, w którym są pokazywane zabiegi wstrzykiwania rozmaitego gówna w twarz. Znamienny jest tytuł - "Piękno boli". Tylko czy to jest kurwa piękno?!
Broń nas Panie Boże przed idiotycznymi kompleksami. Są gorsze tragedie niż małe cycki, cellulit czy nie taki nos.
Te tragedie to próżność i brak kontaktu z rzeczywistością oraz ślepa wiara w to, że tylko upodobniając się do manekina osiągniemy szczęście.
Amen.
TLC - Unpretty
PS. EWIDENTNIE.
I nagle co?
...
I mamy kolejną ofiarę tego samego chyba chirurga plastycznego, który z Edyty Górniak i Krzysztofa Ibisza zrobił rozdzielone po urodzeniu bliźnięta, a z Dody - transwestytę. Sonię jakimś cudem przeistoczył Jocelyn Wildenstein.
Na TVN Style jest jakiś nowy program, w którym są pokazywane zabiegi wstrzykiwania rozmaitego gówna w twarz. Znamienny jest tytuł - "Piękno boli". Tylko czy to jest kurwa piękno?!
Broń nas Panie Boże przed idiotycznymi kompleksami. Są gorsze tragedie niż małe cycki, cellulit czy nie taki nos.
Te tragedie to próżność i brak kontaktu z rzeczywistością oraz ślepa wiara w to, że tylko upodobniając się do manekina osiągniemy szczęście.
Amen.
TLC - Unpretty
PS. EWIDENTNIE.
Tagi:
nie będę tagować
Jak. Jak to możliwe, że pomimo braku zajęć na uczelni i względnego "luzu" (no... powiedzmy... ja się w pracy luzować nie umiem) w firmie nie mam czasu żeby wziąć i usiąść i coś napisać? Kiszka.
A dzisiaj to już w ogóle osiągam szczyty szczytów, jeśli chodzi o lenistwo. Nie chce mi się totalnie nic.
Kilka dni spędziliśmy na poszukiwaniach garnituru ślubnego dla Mojego. Jest to nie lada wyzwanie, bo gdy marynarka dobrze leży, spodnie opinają się na udach (jazda na rowerze zrobiła swoje) i tyłku i Mój wygląda tak, że Tomasz Jacyków oblizałby się na jego widok :P Too gay.
Niestety, dalsze poszukiwania musieliśmy odłożyć na co najmniej kilka dni, bo zmarła babcia Mojego :( Z tego też powodu nie wypada nam planować niczego doczesnego, przynajmniej do dnia pogrzebu (który będzie chyba w środę).
A czas leci.
Nadal mam dylematy odnośnie mnie samej... Czuję wyrzuty sumienia w pomieszaniu z poczuciem, że nie mogę być na każde gwizdnięcie i lecieć wszędzie, gdzie Mój sobie zamarzy... Beznadzieja... Chyba jestem nudziarą... Trochę za mało jest rozmów... Jestem zmęczona... No, nie sposób tego wszystkiego ubrać w słowa. Czuję, że nie jestem do końca godna Mojego - powinnam czymś mu imponować. Czymś - w zamyśle: uprawiać jakiś sport, być bardziej aktywna, częściej wychodzić z inicjatywą... Ale jestem u kresu wytrzymałości fizycznej. Ostatni rok był po prostu tak męczącym, tyle się działo... Studia... Ile one mi zjadły czasu i nerwów... Tyle czasu byłam w ciągłym biegu. Jeszcze w pracy - ganiana jak pies... Więc teraz jestem zmęczona... Czemu Mój tego nie rozumie?! Czemu non stop oczekuje, że będziemy gdzieś biegać, łazić, coś mącić? Boję się, czy nie zniechęci go to, że nie zawsze będę w pełni zwarta i gotowa do nowych szaleństw, że zakręci się wokół niego jakaś kurewka, która będzie miała zawsze czas na jakieś coś. Zajebałabym ją gołymi rękami - to wiem. Więc co - mam na okrągło być zjechana jak pies i robić wszystko, cokolwiek zaplanuje Mój, czy raczej jasno mówić: nie, nie chcę - co niestety ostatnio zdarza się częściej, niż by sobie Mój tego życzył? Nie wiem sama. Poniekąd przyzwyczaiłam go, że przystaję na wszystkie propozycje, więc teraz, gdy jestem zjechana po kilku poprzednich miesiącach i odmawiam, następują wyrzuty... Nie mam zielonego pojęcia, co robić i potrzebuję osądu z zewnątrz.
O reszcie napiszę kiedy indziej. Teraz... zgadnijcie, co. Jestem zbyt zmęczona.
X-Press 2 Feat. David Byrne - Lazy - stare, ale jare.
A dzisiaj to już w ogóle osiągam szczyty szczytów, jeśli chodzi o lenistwo. Nie chce mi się totalnie nic.
Kilka dni spędziliśmy na poszukiwaniach garnituru ślubnego dla Mojego. Jest to nie lada wyzwanie, bo gdy marynarka dobrze leży, spodnie opinają się na udach (jazda na rowerze zrobiła swoje) i tyłku i Mój wygląda tak, że Tomasz Jacyków oblizałby się na jego widok :P Too gay.
Niestety, dalsze poszukiwania musieliśmy odłożyć na co najmniej kilka dni, bo zmarła babcia Mojego :( Z tego też powodu nie wypada nam planować niczego doczesnego, przynajmniej do dnia pogrzebu (który będzie chyba w środę).
A czas leci.
Nadal mam dylematy odnośnie mnie samej... Czuję wyrzuty sumienia w pomieszaniu z poczuciem, że nie mogę być na każde gwizdnięcie i lecieć wszędzie, gdzie Mój sobie zamarzy... Beznadzieja... Chyba jestem nudziarą... Trochę za mało jest rozmów... Jestem zmęczona... No, nie sposób tego wszystkiego ubrać w słowa. Czuję, że nie jestem do końca godna Mojego - powinnam czymś mu imponować. Czymś - w zamyśle: uprawiać jakiś sport, być bardziej aktywna, częściej wychodzić z inicjatywą... Ale jestem u kresu wytrzymałości fizycznej. Ostatni rok był po prostu tak męczącym, tyle się działo... Studia... Ile one mi zjadły czasu i nerwów... Tyle czasu byłam w ciągłym biegu. Jeszcze w pracy - ganiana jak pies... Więc teraz jestem zmęczona... Czemu Mój tego nie rozumie?! Czemu non stop oczekuje, że będziemy gdzieś biegać, łazić, coś mącić? Boję się, czy nie zniechęci go to, że nie zawsze będę w pełni zwarta i gotowa do nowych szaleństw, że zakręci się wokół niego jakaś kurewka, która będzie miała zawsze czas na jakieś coś. Zajebałabym ją gołymi rękami - to wiem. Więc co - mam na okrągło być zjechana jak pies i robić wszystko, cokolwiek zaplanuje Mój, czy raczej jasno mówić: nie, nie chcę - co niestety ostatnio zdarza się częściej, niż by sobie Mój tego życzył? Nie wiem sama. Poniekąd przyzwyczaiłam go, że przystaję na wszystkie propozycje, więc teraz, gdy jestem zjechana po kilku poprzednich miesiącach i odmawiam, następują wyrzuty... Nie mam zielonego pojęcia, co robić i potrzebuję osądu z zewnątrz.
O reszcie napiszę kiedy indziej. Teraz... zgadnijcie, co. Jestem zbyt zmęczona.
X-Press 2 Feat. David Byrne - Lazy - stare, ale jare.
Tagi:
nie będę tagować





