Kibluję w szkole życia...

... tu nikt nie zapowiada kartkówek.

Login:
Hasło:
Zarejestruj się!
Dłuuuuugą miałam przerwę, od grudnia 2014. Rok i cztery miesiące radości, smutków, sukcesów, porażek, nadziei i frustracji, których tu NIE opisałam.
Odeszłam też od Fejszbuka, może nie całkowicie, ale nie jest to już dla mnie jakaś wielka rozrywka. 90% informacji przewijam z niesmakiem bądź ze znudzeniem.
Ale jest OK. Ostatnie czasy przyniosły mi lęki, których nie umiem ogarnąć, mimo tego, że mam ich świadomości i próbuję z nimi walczyć. Tyle lat ścierania się z własnym umysłem, a ja wciąż przegrywam... Emocjonalność i wrażliwość wcale nie mijają z wiekiem, a jak ktoś twierdzi inaczej, widocznie jest innym typem człowieka niż ja i nigdy mnie nie zrozumie.
Gdyby jednak wyłączyć czarnowidztwo i myślenie katastroficzne, moje życie przebiega bez większych zgrzytów. Fakt, wciąż nie dogaduję się z rodzicami, mimo że sama jestem rodzicem, więc pewne sprawy powinnam już rozumieć.
Dziecko kocham ponad wszystko. Oburzają mnie słowa Naczelnego Wieszaka III RP, Anji Rubik, że "wg lekarzy 3-miesięczny płód to jeszcze nie człowiek". Kuźwa, nie nosiłaś Ty pod sercem takiego cudu! Dla mnie najmniejszy pęcherzyk był już wart kochania!
W ogóle to cholernie nerwowo ostatnio w tej naszej polityce i tematy zastępcze klonują się i mnożą przez siebie. Kosmos jakiś! Najstarsi górale pewnie nie pamiętają tylu pochodów, manifestacji i skandali. Rodzi się jedno pytanie: kto tu chce dobrze dla siebie, a kto dla Polski? Tak, wszyscy politycy chcą wyłącznie własnych zysków i wpływów - niezależnie od partii. Dla Polski dobrze są ci, co głosu nie mają i mogą jedynie rwać włosy z głowy nad tym, co się wyrabia.
No ale dobra, ja tu o polityce, a tymczasem jest tyle innych spraw do ogarnięcia... Choćby i przeprowadzka. Tak, po 32 latach opuszczamy nasze mieszkanie i przenosimy się do innego, a potem ja, mąż i dziecko przenosimy się do budowanego przez nas domu, a moi rodzice zostają w tym innym mieszkaniu. Wcześniej scenariusz był inny, ale zapadła taka decyzja i w sumie chwała Bogu. W końcu zacznę funkcjonować jak dorosła osoba i nie będę miała czasu na fobie i depresję.
A teraz kończę i poczytam sobie jakieś moje stare wpisy. Ot tak, dla beki :D
Adios.
20.04.2016 o godz. 11:37
Ja już nie wiem, czy naprawdę jestem taka straszna, czy co... Czy po prostu żyję w dysfunkcyjnej rodzinie, w której na pozór wszystko gra, a po opuszczeniu kurtyny wychodzą na jaw zachowania wysoce patologiczne (choć doskonale ukryte w oceanie hipokryzji)?
Jak nie tato, to mama.
W zeszłym tygodniu tato zszedł mi pomóc wnieść gondolkę na górę (bo zestaw córcia + gondolka jest zbyt ciężki dla jednej osoby). Wjeżdżam wózkiem na klatkę, po uprzednim postawieniu gondolki z dzieckiem w środku na ławce, a tato nagle zaczyna się wykłócać, żebym zabrała gondolkę i postawiła na klatce, bo Mała zmarznie. Jakoś nie zmarzła na 2-godzinnym spacerze (co nie przyszło mi na myśl jako fakt godny tłumaczenia ze względu na swą oczywistość) i minuta czekania, aż schowam stelaż do piwnicy, pewnie niewiele by w tej kwestii zmieniła. Mówię mu, że wygodniej mi brać dziecko z gondolki stojącej na ławce itp., a on dalej swoje. W końcu tak się wnerwiłam, że ustąpiłam, ale wybuchła taka awantura, że jak zwykle wylądowałam sama (no... z dzieckiem...) w pokoju i się poryczałam.
Dzisiaj z kolei powiedziałam mamie, żeby moja siostra zabrała z naszego mieszkania swoje szpargały (obiecuje to od kilku lat i jak na razie nie zabiera), bo nie będę ich przenosić do naszego nowego domu, gdy już go wybudujemy. No i oczywiście mama nawiązała do rodziny mojego męża - że ta rodzina zawsze będzie dla mnie na pierwszym miejscu (co to ma do rzeczy w ogóle?!) i że "jak się wyprowadziCIE, to będzieCIE sobie decydować". Aha.
Obydwa wątki łączy to, że usłyszałam aluzje, że rodzice nie mają życzenia z nami zamieszkać w nowym domu. Mimo tego, co było wcześniej mówione. Tylko dlatego, że chcę żyć po swojemu, że chcę decydować o sobie i swojej rodzinie, odstępują od wcześniejszych ustaleń. Bo mimo, że mam 30 lat, nadal mam gówno do powiedzenia i wg moich rodziców moje zdanie nic nie znaczy. Tamta trójka jest oczywiście nieskazitelnie doskonała, tylko ja się nie udałam. Bo siostra pomogła w tym, w tamtym... A ja oczywiście nic nie robię i nic nie znaczę.
No i co ja mam teraz zrobić?
Nie oczekuję od rodziców niczego poza tym, żeby poszli z nami zamieszkać do tego nowego domu, a oni oczywiście muszą stawać okoniem. Ciekawe, kto jeszcze z trójki mojego rodzeństwa chciałby z nimi zamieszkać. Jakoś nikt się do tego nie wyrywa.
Moja rodzina jest dziwna. Niby się jakoś trzymamy kupy, ale to jest wielkie niby zważywszy na to, że dwójka z nas pożarła się na śmierć i życie, a tak poza tym to więzy strasznie się rozluźniły. No i jeszcze ci rodzice, którzy nie mają do mnie ani krzty szacunku ani zaufania. Za co? Nie wiem. Może podświadomie. Dlatego, że nie byłam planowana. Bo jestem najmłodsza. Bo jestem najbliżej.
Obym nie powtarzała ich błędów. Mam nadzieję, że będę lepszym rodzicem od nich.
I lepszym człowiekiem.
10.12.2014 o godz. 10:45
Słoneczko śpi, mąż ogląda TV, a ja ślepnę przy komputerze.
Gdybym tylko miała czas przeczytać wszystkie własne stare wpisy... Ehh, mam co robić całymi dniami. W rytmie mleczko-zmiana pieluchy-zabawa/sen czas mija z zatrważającą prędkością. Jak to było kiedyś możliwe, że moja mama zajmowała się dziećmi, prała, prasowała, gotowała, chodziła do pracy, porządkowała dom i jeszcze dodatkowo zajmowała się gospodarstwem rolniczym - tego nie wiedzą najstarsi górale. Ja, posiadająca takie zdobycze techniki jak pralka automatyczna, zmywarka, czajnik elektryczny czy nawet bieżąca woda w kranie (!) nie jestem w stanie zrobić w ciągu dnia niczego poza zajmowaniem się córeczką. Jestem pełna potępienia dla samej siebie, ale oczywiście (jako rasowy śmierdzący leń) nie zmieniam swojego postępowania, bo po co :P
Przez te cztery miesiące zdarłam całe stada kotów z moimi rodzicami. A o co? O to, że sama jestem już matką, wobec którego to faktu to ja decyduję o moim dziecku i to ja niepodzielnie sprawuję nad nim pieczę. Oczywiście nie oznacza to, że zabraniam rodzicom zbliżać się do córki, ale wkurzam się na teksty taty typu: "Tylko dziadzio cię kocha, więcej nikt!" (to są jego "żarty"), czy na wtrącanie się mojej mamy w to i owo i jej wszystkowiedzącość :P Z boku to może i wygląda, że przesadzam z reakcjami, ale nie umiem pozbyć się strachu, że gdy pozwolę rodzicom na zbyt wielką kontrolę nad wychowaniem dziecka, przeniesie się to na późniejszy czas i gdy ja będę mówić "NIE", oni będą mówić córce "TAK". A to by była porażka. Dorośli muszą przy dziecku stać po jednej stronie barykady, inaczej ciężko je później wychować na dobrego, ułożonego człowieka. Szczególnie, gdy dochodzi do wzajemnego podważania autorytetu. Poza tym wieloletnie doświadczenie nie pozwala mi myśleć, że mama w czymkolwiek będzie mi zostawiać wolną rękę, w każdym razie - ciężko jej to przychodzi. Chyba każdy zna sztampowy model konfliktu na linii matka-córka, gdzie dochodzi wielokrotnie do spięć i gdzie emocje zaślepiają kompletnie obiektywne postrzeganie rzeczywistości.
I teraz zdałam sobie sprawę z pewnej rzeczy: córcia też może kiedyś odnosić się do mnie jak ja do mojej mamy. Hmm. Wszystko zależy od tego, jaka będę, jak będę się starzeć. Czy uszanuję kiedyś jej potrzebę niezależności, czy raczej będę nad nią czuwać, równie pełna dobrych chęci, co za te chęci odtrącana?
Muszę się zastanowić. Tak lekko przychodzi człowiekowi ocena zachowania innych ludzi, a tak ciężko - wejrzenie wgłąb siebie, przyznanie się do własnych ułomności i błędów. Staram się jak najczęściej dokonywać takich retrospekcji, choć relacje z rodzicami to w moim przypadku spacer po cienkiej linie. Nie wiem, czy jesteśmy z mamą aż tak podobne, czy aż tak różne. W przypadku taty to właśnie podobieństwo charakterów (czy raczej: przyzwyczajeń) nie pozwala mi na trzymanie nerwów na wodzy. I tylko z sentymentem wspominam te czasy, gdy nie do pomyślenia było dla mnie choćby jedno przykre słowo pod adresem rodziców. Dziś niestety niewyparzony język nie słucha mózgu, co czasem kończy się nie do końca potrzebną scysją. Z drugiej strony momentami dość mam ich nadopiekuńczości, zwłaszcza tej okazywanej przy dziecku. Strach przed tym, że, wykonując bezkrytycznie ich polecenia, stanę się osobą niezaradną życiowo i niezdolną do podejmowania własnych decyzji jest zbyt silny. Chociaż z drugiej strony dziecko, przy którym będę okazywać niechęć wobec osób starszych, nabędzie ode mnie taki styl bycia, czego kiedyś sama w podeszłym wieku mogę gorzko pożałować...
01.12.2014 o godz. 22:48
Tyle dziś skończyła moja (nasza!) córeczka. Co tam będę pisać - dziecko zupełnie zdominowała mój dzień, moją noc, całe moje jestestwo i póki co panuje w nim praktycznie niepodzielnie. No, oczywiście nie umniejszam tu roli mojego męża. Pomaga mi naprawdę dużo i płomień miłości jakoś w nas nie gaśnie, a nawet wzrasta. Cieszymy się sobą i naszym skarbkiem, bo jest się czym cieszyć. Zdrowie (tfu tfu) dopisuje, słoneczko rozwija się i rośnie przepisowo... Czego chcieć więcej? Cesarka poszła całkiem sprawnie. Współczuję dziewczynom, które muszą cierpieć te wszystkie skurcze i rozwarcia. Dobrze, że córcia ułożyła się dupą do świata, przynajmniej nie musiałam się męczyć godzinami ;)
Czas płynie mi jak oszalały. Nie mam czasu się nudzić, ale ten trud i to poświęcenie tracą jakiekolwiek znaczenie, gdy na buzi skarbka pojawia się szczery, bezzębny i całkowicie rozbrajający uśmiech. Nie ma kupki, której bym nie posprzątała, nie ma płaczu, którego bym nie zniosła. To ciepełko bijące od maleńkiego, papuśnego ciałka - bezcenne!
Gdy pomyślę o tym, że ktokolwiek może choćby rozważać skrzywdzenie takiego maleństwa... Chyba bym zabiła gołymi rękami taką osobę. Bez przebaczenia, jak Clint Eastwood :P
I tak, moi drodzy, stara dobra Dotkliwie Pobici przechodzi na kolejny wyższy level życia. Level Matki.
Uff!
29.10.2014 o godz. 20:38
A czy to mi w czymś pomoże?
Przecież wiem z doświadczenia, że ból jest tym większy, im większy jest strach przed nim. Niepotrzebne "nakręcanie się" niczego nie zmienia, a jedynie rozstraja nerwy i żołądek.
W środę pomiędzy 8:00 a 10:00 mam się zjawić w szpitalu, w czwartek będzie cesarskie cięcie. Staram się na różne sposoby jakoś sobie to wszystko poukładać w głowie. Ludzie nie takie rzeczy przeżywają - np. ten gościu, któremu maszyna w pracy dosłownie oderwała twarz od głowy czy rodzice dziewczyny, która miała wyjść dosłownie na chwilę do sklepu, a wsiadła do auta z koleżanką i poniosła śmierć na miejscu w wyniku zderzenia z drzewem. Skoro oni dali radę przejść przez naprawdę wielką tragedię, dlaczego ja panikuję przed czymś, do czego miałam czas psychicznie się przygotować i co jest w dużym stopniu zaplanowane? Zawsze boję się nieznanego i choć w niemalże 100% strach okazuje się mieć wielkie oczy, nie potrafię ze spokojem podejść do kolejnych mniej lub bardziej nagłych wyzwań.
A przecież najważniejsze jest to, żeby z dzieckiem wszystko było w porządku. To, że mi wykonają cięcie brzucha, po którym będę miała bliznę, akurat najmniej mnie obchodzi. Mam już naprawdę sporą i paskudną bliznę po oparzeniu sprzed 14 lat, więc Miss Bikini i tak już nie zostanę. Doczytałam również, że znieczulona będę najprawdopodobniej gazem wziewnym (innego rodzaju znieczuleń się w "moim" szpitalu nie przeprowadza), więc nie będzie kłucia igłą w kręgosłup. Wiadomo, że cesarka to poważna operacja i nie od razu będę mogła funkcjonować na odpowiednim poziomie psychiczno - motorycznym, ale przecież nikt nie wymaga ode mnie cudów. Powoli, spokojnie dojdę do siebie, jak miliony innych matek. Zresztą która kobieta podchodzi do porodu pierwszego dziecka na luziku? Każda ma jakieś obawy, a jednak dają radę. W czym ja jestem gorsza?
...
No. I po to właśnie jest blog. Prowadzenie monologu udramatyzowanego trochę dla siebie, trochę nie dla siebie... Żeby za kilka miesięcy można było tu zajrzeć i pokiwać głową nad swoją głupotą.
...
Koniec smutów.
23.08.2014 o godz. 10:37
Pamiętam doskonale, jak bardzo nie chciałam zakładać konta na FB. Byłam na n-k, potem zrezygnowałam z konta i przez jakiś czas moje wirtualne życie kręciło się wyłącznie wokół tego bloga. Po jakimś czasie jednak, powodowana chęcią kontaktów ze współpracownikami i modą (ble :P), założyłam sobie Fejsa i wpadłam jak przysłowiowa śliwka w kompot. No, może nie napieprzałam notyfikacji z gier i nie zamieszczałam 14 fotek mojej mordy tygodniowo, więc nie można tu mówić o jakimś wielkim zachłyście, w każdym razie codziennie wklejałam jakiś teledysk albo inne bzdety.
Jakiś czas temu (nie tak dawno...) jednak zauważyłam, że niektórzy przesadzają z aktywnością i to kazało mi się zastanowić nad sobą. I wtedy jakoś odeszła ochota na codzienne wpisy, w każdym razie zaczęłam się zastanawiać kilka razy, zanim coś wkleiłam. Czy to naprawdę takie ważne i przełomowe? Czy naprawdę muszę być siedemnastą osobą zamieszczającą link do najnowszego teledysku X? Czy kolejna fota mojej mordy jest naprawdę potrzebna? Nie zmieniłam wyglądu już od baaardzo dawna, więc nie muszę update'ować swego wizerunku na FB.
To, co ludzie nieraz wklejają...
* co tydzień - albo i kilka razy w tygodniu - zmiana foty profilowej (przy czym ta nowsza właściwie nie różni się od starszej)
* X ogląda właśnie film pod tytułem / czyta książkę...
* X właśnie przebiegł 8 km + w bonusie fota spoconego oblicza
* X jest na lotnisku / w hotelu / na plaży / w kiblu...
* X jest w złym humorze, co obrazuje jakiś ckliwy cytat typu "gdy obgadujesz mnie za plecami, jesteś w doskonałym położeniu aby pocałować mnie w dupę" (jakbym nie widziała tego obrazka już 60 razy!) czy inne tam gorzkie żale z kazaniem pasyjnym
* i wreszcie X gra w ... i osiągnął wynik ...
...
Nie mówię, że ja jestem jakimś wzorem i nigdy nie dorywałam się do takiego mentalno - fizycznego ekshibicjonizmu, bo już prowadzenie bloga takim ekshibicjonizmem jest.
Chodzi mi jedynie o to, że z boku takie zachowania mogą się wydawać lekko żenujące. Czy naprawdę dotarliśmy do tego momentu, gdzie musimy, ale to absolutnie MUSIMY uzewnętrzniać każdą sferę swojego życia w internecie? A gdyby odłączyć całe to badziewie i cofnęlibyśmy się do czasów, gdy spotykaliśmy się ze sobą osobiście, gdy pewna część ludzkiej jaźni była owiana tajemnicą, gdy nasze zdjęcia oglądały wyłącznie osoby z najbliższego otoczenia? Czy potrafilibyśmy się w tym odnaleźć? Bez smartfonów (upośledzonofonów), bez tych idiotycznych selfies, bez informowania 600 znajomych, że właśnie żremy bigos u babci? Gdyby usiąść i zwyczajnie ze sobą porozmawiać?
Jestem w siódmym miesiącu ciąży i nie napisałam o tym na Fejsie ani słóweczka. Nie zamieściłam zdjęć USG. Nie zamierzam wklejać zdjęć dziecka (i mam nadzieję, że w tym postanowieniu wytrwam). Można? Można.
Wystarczy cofnąć się o krok, spojrzeć na to wszystko z dystansem i spytać siebie: "Dla kogo to jest ważne?"
No właśnie - dla kogo? Dla mnie, żeby zbierać Like'i? A co mi te Like'i dają? Ledwo tlącą się satysfakcję z aprobaty innych. A kim są inni? Czy to moi prawdziwi przyjaciele, czy jedynie znajomi, gotowi zarówno się uśmiechnąć, jak i obgadać. Zresztą ja też nie zawsze mówię wszystko w twarz więc jak mam wymagać szczerości od innych? A jeśli cokolwiek jest nieszczere, czy naprawdę mi na tym zależy...?

Filozoficznie w ch...olerę się zrobiło, kończę więc. Obrazkiem, bo to takie hot i sweet :P
04.07.2014 o godz. 10:39
Póki co nic się nie pochrzaniło i mój "tasiemiec" ma się całkiem dobrze - przynajmniej wszystko na to wskazuje.

Już drugi tydzień siedzę w domu i zajmuje się wiciem gniazdka. W zeszłym tygodniu zrobiłam generalny remanent w jednym pokoju i zebrało się mnóstwo śmieci. Nie wiem, po co do tej pory trzymałam notatki ze studiów i stare torebki z porwanymi podszewkami w środku O_o. Pomijając furę innych rzeczy, do których nie miałam ani sentymentu, ani nie były mi potrzebne. Włączyłam tryb "zero tolerancji dla syfu" i oto w rogu pokoju na wyniesienie czeka całkiem spora kupka śmieci. Teraz czeka mnie drugi pokój - przede wszystkim ogromna szafa, którą zacznę sprzątać od góry do dołu, bo innej opcji nie ma (tyle tam rupieci).

Nudzić się więc nie nudzę. Nie muszę zaglądać na strony szafiarek (notabene prześcigających się w głupocie) żeby odkryć, co właśnie żrą albo jakie to darmówki otrzymały oraz jakimi loserami są ich hejterzy. Nie muszę oglądać reality show gwiazdek znanych z ust glonojada i zezowatych cycków. Nie muszę słuchać mądrości perfekcyjnej pani domu, która ma wyraz twarzy jakby od 4 dni jechała na amfie. Nie muszę patrzeć, jak kolejne "cudowne dziecko mikrofonu" sprawia że Marysia Sadowska płacze w rękaw. Cholera, jak mi to wszystko zobojętniało! Jak mnie to nie interesuje! O ileż bardziej wolę zająć się swoim życiem, zamiast roztrząsać cudze!

Teraz liczą się inne sprawy - truuuuudne sprawy ;) Że moje życie zmieni się o 180 stopni, że będę wychowywać własne potomstwo, że czeka nas budowa domu, że trzeba będzie pogodzić to wszystko z pracą... Czyli w miarę bezstresowego życia nadszedł kres :P No ale nie ja pierwsza i nie ja ostatnia. Obym tylko popełniła jak najmniej błędów a jeśli już - obym wyciągała z nich właściwe wnioski.
No i obym miała czas częściej tu zaglądać ;) Bo miło wspominam dni, w których "zaszczycałam" obecnych tu blogerów codziennymi frustracjami. Chwila, sprawdźmy, co pisałam kilka lat temu dokładnie... 24.06.2010.
E, w sumie nic przełomowego. Dupy nie urywa :P Ale możliwość takiej retrospekcji ogólnie jest OK ;)

Dobra, koniec na dzisiaj.
Do następnego.
24.06.2014 o godz. 10:17
Był kiedyś taki stary dowcip o gaździe i turyście.
"Idzie sobie turysta obok domu górala i widzi ścięte drzewo, dookoła wióry i gazdę ze sporym kawałkiem drewna.
- Co tam, gazdo, strugacie?
- Aaa, czółno sobie strugom.
Drugiego dnia idzie turysta i widzi drugie ścięte drzewo, dookoła pełno wiórów i gazdę z niewielkim kawałkiem drewna.
- Co tam, gazdo, strugacie?
- Aaa, stylisko do łopaty sobie strugom.
Na trzeci dzień znowu turysta idzie i widzi trzecie ścięte drzewo, dookoła morze wiórów i gazdę biedzącego się nad kawałeczkiem drewienka.
- A co tym razem, gazdo, strugacie?
- Jok mi się nic nie pochrzoni, to byndę mioł wykałaczkę."

No więc jak mi się nic nie pochrzani, to końcem lata będę mamą.

Dziękuję za uwagę i pozdrawiam. Nie wiem, czy ze starej ekipy jest jeszcze kogo pozdrawiać (bo chyba wszyscy teraz są na FB :P), ale tak czy inaczej...
16.02.2014 o godz. 21:52

?

Dlaczego gdy na nią patrzę, wydaje mi się, że słyszę to?

Minęło trochę czasu od ostatniego wpisu, ale chyba coraz mniej ufam internetowi i coraz mniej się w nim uzewnętrzniam. Może minęła mi potrzeba? Może gdy widzę, kto w nim rządzi, odechciewa mi się?
Może jednak dorosłam do swych lat?
22.01.2014 o godz. 22:24
No to się przełamałam. Robimy rodzinę! Zaczynam nowy etap w życiu. Co ciekawe, gwałtownie wzrósł mój zachwyt na widok dzieci. Gdy patrzę na takie maleństwo, choćby i płaczące... Mmmm, słodkości :) Aż mam ochotę utulić.
W pracy już ogarniam tematy, obowiązki zajmują mi o wiele mniej czasu i wreszcie mogę wychodzić po 8 godzinach, a nie po 10-12.
A tak poza tym to wszystko w porządku. Tylko na kompie nadal zbyt wiele czasu spędzam, zbyt wiele :/
28.08.2013 o godz. 21:14
Po prostu nie wiem, od czego zacząć.
To wspaniałe uczucie mimo blisko 30 lat czuć się we własnym domu intruzem i być wiecznie atakowaną przez własną rodzicielkę. Myślałam, że takie "hity" mają miejsce tylko w wieku -nastu lat. O, jak głupia!
Żyję i pozwalam żyć innym. Niestety mi się nie pozwala żyć, traktując mnie jak cyborga, któremu ktoś spartolił oprogramowanie i któremu codziennie, niezależnie od okoliczności, należy się zjebka.
Ręce opadają i nienawidzę być w domu. Mogłabym siedzieć w pracy 24 godziny na dobę, oczywiście z przerwami na słodkie tete-a-tete z mężem. To nie jest normalne!
Tak, wiem. Mówi się, że nieładnie srać we własne gniazdo dla "obcego faceta". Tyle, że ja za niego wyszłam i od tej pory nie jestem już dzieckiem, ale samoistną osobą, która powinna dokonywać własnych, mniej lub bardziej słusznych, wyborów. Na tym polega dorosłość. Niestety mi się nie należy bycie osobą dorosłą. To logiczne, że mieszkając pod jednym dachem z rodzicami, nadal jestem dwulatkiem z kciukiem w ustach, którym można dyrygować i któremu można wtrącać się w małżeństwo.
A w co konkretnie?
Mam absolutnie nie ufać mężowi w kwestiach finansowych. Bo matka się naoglądała i nasłuchała różnych historii, więc i mnie z pewnością mąż odrze z wszelkich oszczędności itp. A może w ogóle przestać mu ufać? Tak, tak będzie najbezpieczniej. Być związanym świętym węzłem małżeńskim (przed ołtarzem przed którym regularnie klęka pewna znana mi od 30 lat kobieta) z człowiekiem, któremu i w którego się nie wierzy. To jest rada matki - katoliczki ubolewającej nad moim sporadycznym chodzeniem do kościoła: wyjść za kogoś, po czym traktować go jak śmiertelnego wroga i zbira czyhającego na oszczędności mojego życia.
A po co w ogóle mu ufać? Skoro oszwabi mnie na kasę, na pewno będzie mnie też zdradzał na prawo i lewo. I będzie alkoholikiem i złodziejem, "bo każdy pijak to złodziej!"
Wisienką na torcie był tekst typu: "SKORO NIE CHCESZ MNIE SŁUCHAĆ, NIE JESTEŚ MOJĄ CÓRKĄ". Która matka gada coś takiego? Po prostu ręce opadają.
A TO WSZYSTKO W DRUGĄ ROCZNICĘ MOJEGO ŚLUBU Z B.
Dziękuję za gratulacje, mamusiu. Nie zapomnę Ci tego. Wybaczę, bo nie jestem tak wredna, jak Ty, ale nie zapomnę.
HOME SWEET HOME!
30.07.2013 o godz. 22:53
mojego zdrowia. Żebym przypadkiem nie okwitła z tego całego szczęścia typu nadgodziny w pracy i delikatne aluzje mężowskiego dotyczące powiększenia rodziny, dopadły mnie jakieś problemy z nerkami. Byłam u lekarza, kazał nie brać leków i wykonać podstawowe badania (kreff, motsch, USG jamy brzusznej). Dwa pierwsze zaliczyłam dziś rano - wyniki w piątek, USG czeka mnie dopiero w przyszłym tygodniu.
A weekend ciekawy: w piątek integracja działowa, w sobotę - wesele kolegi Mojego. W sumie nie wiem, jak dam radę, ale gdy tak pomyślę, że Panna Młoda jest w 2 miesiącu ciąży i że ona dopiero ma niekomfortową sytuację... Stres spowodowany ślubem (ja miałam zawał!), do tego pewnie jakieś rewolucje związane z ciążą... Jestem w nieco lepszym położeniu ;)
Żyję teraz z dnia na dzień, czas zapierdziela mi jak szalony. A niby nic takiego się nie dzieje. Wciąż dużo rzeczy mnie stresuje, wciąż nie lubię nagłych zwrotów akcji, wciąż jestem uparta. Ale na pewno więcej myślę nad sobą: nad tym, co mówię, piszę... Choć momentami zachowuję się jak dziecko :P No ale chyba na tym polega radość życia, żeby tego dziecka w sobie nie zabijać??? I to tyczy się wielu aspektów...
Moje nery :( Oby to nie było nic poważnego... Choć na razie jeszcze się aż tak bardzo nie boję. Nauczono mnie bać się jedynie REALNEGO i PEWNEGO zagrożenia.
...
A, idę spać.
Branoc.
19.06.2013 o godz. 23:15
4 dni... Na tyle wyjechał. A mi już brakuje dotyku jego skóry, wkurzania mnie :), zapachu, uśmiechu... Najdotkliwiej pewnie odczuję jego brak przed zaśnięciem.
Tymczasem zapełnię sobie czas książkami, telewizją, graniem na keyboardzie (instrument odkurzony po 18 latach!)... Czymkolwiek.
Tak, można być nadal zakochaną po 5 latach, w tym 2 latach małżeństwa.

Nie mam pomysłu na zakończenie tego wpisu.
19.05.2013 o godz. 21:19

...

TYLKO dlatego, że każdy wiek ma swoje prawa, mogę jedynie z politowaniem zerknąć na stronę g(ł)ówną.
Nie kminię, jak można zachwycać się imbecylem, który nawet nie wie, dokąd jedzie na koncert. Który spóźnia się na własne występy. Który zostawia skandaliczny wpis w księdze pamiątkowej poświęconej Annie Frank. Który wielokrotnie już udowodnił, że jest jedynie rozpuszczonym gnojkiem.
Jestem wdzięczna losowi, że nie miałam dostępu do internetu w czasie fascynacji zespołem Backstreet Boys. Oszczędziło to irytacji wielu innym ludziom.
No ale cóż.
Każdy wiek ma swoje prawa. Reszcie pozostaje się z tym pogodzić i... szerokim łukiem omijać stronę g(ł)ówną.

Ehhh...
02.05.2013 o godz. 17:35
Choć w pracy spędzam teraz mnóstwo czasu, nie narzekam. Nareszcie mam swoją "działkę" do zrobienia, a nie wszystko i nic. Dobrze się czuję w biurze z 20 innymi osobami. Wcześniej byłam sama w małym pomieszczeniu, potrzebowałam tej odmiany.
No i nie jem już lunchu z osobami, które potrafiły tylko zrzędzić, że firma ch*jowa, ludzie k*rwy, blablabla... Aż się jeść człowiekowi odechciewało i czasu lunchu był, zamiast czasem odpoczynku, czasem stresu, demotywacji i udręki. I oczywiście obrabiali sobie wzajemnie tyłki. Ze mną praktycznie nie gadali. Podobnie jak z moją następczynią. No to zabrałam ją i jemy z moim działem ;) A tamci niech sobie siedzą we trójkę i obrabiają mi dupę. Bo na pewno obrabiają. W końcu to oni wcześniej trąbili o rozsyłaniu CV, wspaniałych karierach w innych firmach i jacy wszyscy inni są tu niekompetentni oraz głupi.
W skład tej trójki wchodzą: chłopak i dziewczyna (mieli swoje połówki i nawet ustalone daty ślubów, ale coś im się odwidziało i są razem) oraz trzeci koleżka, z którym dało się pogadać dopóki nie zerwał z dziewczyną.
Jeśli chodzi o tę parę, to głównymi tematami na lunchu było żalenie się, jak to reszta nie akceptuje ich związku, jej waga (jest "za gruba" mimo, że spodnie o mało z niej nie spadają... śmiech na sali) oraz wytykanie niekompetencji innych osób. A czemu reszta nie akceptuje ich związku? Już kiedyś pisałam - bo zamiast przejść nad wszystkim do porządku dziennego i powiedzieć: "Tak, jesteśmy razem, czy ktoś ma z tym problem?", jak zrobiła jedna koleżanka, gdy związała się z kimś innym z biura ("Jestem z R., rozwodzę się z T." - i to był koniec wszelkich komentarzy), wszystkiemu zaprzeczali i robili z ludzi durni. Rozumiem, że to ich prywatna sprawa, ale jednoczesne szczebiotanie do siebie, odseparowanie się od reszty pracowników i granie wielkich gwiazd, które nie udzielają nikomu żadnych informacji bez kontaktu z prawnikiem jest doprawdy irytujące.
No to spierdzieliłam z tej toksycznej grupy. I już nie czuję nerwowego ściski w żołądku, gdy TRZEBA iść na lunch. Im na bank żal dupy ściska, że to ja pierwsza poszłam na inne stanowisko, a nie oni - wielkie gwiazdy po szkołach i szkoleniach za ciężkie pieniądze.
No i jak to kiedyś powiedzieli: ja nie mam problemów z dogadywaniem się z ludźmi, bo mnie wszyscy lubią. A czemu? Może dlatego, że nie sram wyżej, niż mam dupę? Że mam w sobie dużo pokory? Że nie pierd*lę o dupie Maryni, tylko po prostu biorę się do roboty?

Ale dość tej autoreklamy :P

Powoli zbieramy kapitał na budowę naszego domu. Między nami bywa momentami nerwowo, ale nadal się docieramy. Na pewno nie zamierzam być taką żoną, jak moja mama - wyręczającą faceta we wszystkim. Ja również pracuję i mam prawo być zmęczona, a jego nie zabije, gdy od czasu do czasu zajrzy do garów. Mamie się to nie podoba, ale mojemu mężowi - owszem. U niego w domu nie było zagłaskiwania na śmierć. Jest jeszcze potencjał do poprawy - czasem mąż drze papę bez powodu, ale popracujemy nad tym ;) Na pewno mamy jednak jasne wyobrażenie wzajemnych oczekiwań na przyszłość.
Well... pozostaje nadal być ze sobą i wypatrywać przyszłości ;)

To chyba tyle na chwilę obecną. Wypada nieco ogarnąć mieszkanie. W sobotę nie miałam na to siły.

Adios.
02.05.2013 o godz. 12:32

:)

No i stało się :) Dziękuję za trzymane kciuki, podziałały :)
A więc zmieniłam stanowisko - wreszcie! Po 5 latach "przedszkola" wreszcie jakieś konkretne obowiązki. Na moje miejsce przyszła bardzo fajna dziewczyna od nas z produkcji. Ma odpowiednią osobowość, jest profesjonalna i rozważna. Nie chcę przechwalić, ale drzemie w niej potencjał.

Poza pracą: odkładamy ile się da, spłacimy kredyt przed terminem, bierzemy "poważniejszy" kredyt i ruszamy z budową domu. A co się będziemy.

Pozdrawiam, moje laski! Oglądam Top Model i mózg mi krwawi. Nie umiem zlokalizować pilota, zgłupiałam, bleeeee... Cycki.
17.04.2013 o godz. 21:59
Dyplom odebrany.
Czekam na dalszy rozwój sytuacji - pojawiła się szansa, która tak szybko się nie powtórzy. Ciekawe, czy się uda.
Więcej szczegółów napiszę, gdy wszystko się wyjaśni.
SayoNARA :)
Tagi: cycki
07.04.2013 o godz. 19:29

:)

Tak patrzę... W zeszłym roku dodałam tylko 6 (słownie: sześć) wpisów. "Nieźle", jeśli porównać to z poprzednimi latami, gdy pisałam po 2-3 posty dziennie.
Fejsbuk, dziwko!
A jednak stała się rzecz najważniejsza. No, może nie najważniejsza, ale ważna: jestem już magistrem :) Czyli z głowy. Więcej nie chcę, dziękuję bardzo.
Druga rzecz: możliwe, że w końcu coś się ruszy w mojej pracy. Będę wspomagać Dział Finansów. [wielka szkoda, że nie pisałam w tzw. międzyczasie - oj, zdarzyło się coś, co nieco wstrząsnęło mną w pracy; może przy następnej okazji opowiem o tym szczegółowo].
Trzecia rzecz nadchodzi, a ja się cholernie boję. Nie ja pierwsza i nie ja ostatnia - i to jest raz. Zawsze panikuję, a potem wszystko dobrze się kończy - i to jest dwa. Niestety, syndrom najmłodszego dziecka wychodzi ze mnie w baaaaaaardzo brzydkiej postaci :/ A więc - powoli trzeba będzie myśleć o macierzyństwie. Nie, nie powoli. Szybko. Cholera, jeszcze nie czuję, żeby był mój czas, ale obawiam się, że mogłabym to poczuć dopiero, gdy będzie zbyt późno. Zresztą co mają powiedzieć nastoletnie matki? Ja mam pracę, doświadczenie życiowe, a co najważniejsze - męża, czyli ustabilizowaną sytuację cywilnoprawną. Co z tego, skoro cykam się utraty niezależności? Tej ogromnej odpowiedzialności? Bo dziecko to nie coś, co się rodzi, karmi itd. a gdy już zaczyna samo zaspokajać swoje pierwsze potrzeby, to się to zaczyna olewać. Dziecko to ciężka praca non-stop, 24 godziny na dobę. To poświęcenie. Boję się, że będę ssała w roli matki, że przerośnie mnie już samo przewijanie, a nawet samo parcie podczas porodu. Tyle, że na szczęście mam też świadomość, że nie jestem sama w tym strachu, że każda przyszła matka umiera z nerwów, czy dziecko będzie zdrowe, czy zdoła je wychować... Póki co mam jeszcze chwilę "luzu", ale całkiem niedługo... Uff. Czy ktoś mi może przetłumaczyć, że nie mam się czego bać???
No nic. Pora kończyć. Zaraz mężula wróci z pracy i już nie będzie czasu pisać ;P
Dobranoc!

...hej... miło jest wrócić do pisania...
12.03.2013 o godz. 22:46
Co za gbur.
Nie wiem, co to za metoda - burczeć do mnie przy rodzinie, ale wiem jedno. Nie podoba mi się to i będę z tym walczyć. To, że w... innych domach... nie ma wzajemnego szacunku, nie oznacza, że dam sobą pomiatać. Nie jestem młodziutką, głupiutką gąską. Może i niewiele przeszłam w życiu, ale wartość jakąś tam mam i nie zamierzam wycofywać się z podkulonym ogonem.

...
Dobranoc.
03.11.2012 o godz. 22:04
To może ja...?

Czy Blo-Blo się zmieniło? Trolle były, są i będą. Teraz przynajmniej coś piszą, a nie tylko napierdalają fotki z google... Zresztą - ja się nie wypowiadam, za rzadko tu zaglądam, nie znam się, nie wiem, zarobiona jestem...

W pracy nastały ciężkie czasy. Jak to jedna osoba potrafi schrzanić wszystko! Całą atmosferę, ducha, motywację... No, może nie tylko jedna osoba. W zasadzie dwie osoby. Odejście ich poprzedników już teraz przynosi efekty doprawdy dalekie od ideału. Dwie osoby rozwaliły swoje dotychczasowe związki (śluby miały być niedługo - jeden w październiku, drugi w maju przyszłego roku...) i na 99% teraz bzykają się w najlepsze, oczywiście do niczego się nie przyznając. No ale sorry, pewnych gestów i spojrzeń nie są w stanie pohamować i nie wiem, kogo oni tu chcą oszukać. Zwłaszcza, że właśnie to ściemniactwo wkurwia wszystkich dookoła. Przyznajcie się - tak, jesteśmy razem, rozjebaliśmy tamte związki, ale przed ślubem i nie żadne z nas nie miało dzieci, które cierpiałyby z tego powodu. A zresztą... Kogo to obchodzi. Nasze życie, nasze sumienie. Wtedy byłoby OK. A nie jakoś tak... pod stołem... To nie pierwsza i nie ostatnia taka para. Więc...?

W małżeństwie jest mi dobrze. Nie cukierkowo-obrzydliwie-słodko-do-porzygu, ale dobrze. Wspieramy się nawzajem, rozmawiamy o problemach, dzielimy się domowymi obowiązkami, a przy tym po prostu się sobie podobamy. Lubimy razem być. Przytulając się do niego czuję, jakbym była puzzlem idealnie pasującym do niego - drugiego puzzla.
Reszta puzzli dojdzie w swoim czasie. Pytającym zamykam usta słowami, że indagowanie "Kiedy dzieci?!?" jest nie na miejscu. A może staramy się, a nie możemy? I temat ciach!

Nie kończąca się batalia z mamą trwa. Niestrudzenie usiłuję wbić jej do głowy, że jestem już dorosła i - wbrew temu, co mówi - nie zginęłabym bez niej. Niestety, tłumaczenia odbijają się od niej niczym piłeczka kauczukowa od ściany czy innej tam płaskiej powierzchni. A ja wiem, że powoli bo powoli, ale nauczyłabym się robić wszystko sama. Cyklicznie słyszę też, że jestem niewdzięczna, niewychowana (karramba!!! a czyja to wina, cooooo?) i w ogóle bzie i fuj. Ostatnio jednak dojebałam, że może by tak zadzwoniła do pozostałej swojej trójki dzieci i też wydarła się na nich za wszystko, co robią źle (czyt. wbrew jej opinii), a nie tylko ochrzania mnie, bo jestem najbliżej. Nie chodzę na działkę, nie robię przetworów... Taaaak, za to siostra zajebiście dużo robi na tej działce, że co weekend wyjeżdża z wałówą na pół tygodnia. Wpada na parę godzin, wychwali ponad niebiosa swoją córeczkę (a moją chrześnicę), która jest przesłodka, ale niestety totalnie rządzi zarówno siostrą, jak i jej mężem. Tak, wiem, będę miała swoje to zobaczę, bla bla bla...

OK, pora zacząć robić coś pożytecznego - czytać, szukać, poprawiać, dopisywać... oczywiście w toku dopieszczania pracy magisterskiej.

SayoNARA.
03.09.2012 o godz. 20:20
dotkliwie-pobici
Kibluję w szkole życia...
Skąd: mój łeb
O mnie: in the middle
statystyki
sekcja użytkownika
To uczucie...